fbpx
fot. Edyta Dufaj Już po usłyszeniu tytułu narzuca się – i słusznie! – hipoteza, na kanwie której polskiej legendy powstało libretto Vandy Antonina Dvořáka. Przez wieki historia heroicznej władczyni doczekała się licznych interpretacji i uzupełnień ze strony mniej lub bardziej płodnych i wiarygodnych poetów i gawędziarzy. Ciekawe, że oparta na jednej z wersji opowieści opera, która mogłaby być towarem eksportowym Krakowa, nigdy w Polsce prezentowana nie była, a gdy już się na premierę zdecydowano, odbyła się ona w Nowej Hucie – okolicy pełnej odniesień do legendarnej królowej.

Słychać, że Vanda wyszła spod pióra Dvořáka: w liryzmie i słowiańskiej śpiewności, falującej linii melodycznej i interwalice, w samym też instrumentarium (przepięknie nostalgiczna harfa). Gęsto zapisana partytura, choć często monumentalna w brzmieniu (ukłon w kierunku francuskich grand opèra), nie przytłacza – zaczepne tryle i umykające pasaże, wplecione między potężne bloki muzyczne, dodają im filuterii i zwiewności. Sinfonietta Cracovia dobrze czuje się w tych klimatach – smyczki ożywiły partyturę z niewymuszoną swobodą. Znaczący udział w akcji bohatera zbiorowego wymagał od śpiewaków Chóru Polskiego Radia nie tylko perfekcji wykonania, ale też bardzo dobrej kondycji. Przejrzysty i spójny, był wspierającym solistów partnerem.

Różnie to bywa w operze – nie raz gwiazdy niepierwszej młodości wcielają się w role zalęknionych panienek czy młodocianych kochanków, a wtedy nici z misternie budowanej prawdy, która pryska wraz z pojawieniem się na scenie zliftingowanego wykonawcy. Krakowskiej realizacji ten niefortunny zabieg na szczęście nie dotyczył. Znakomita Adriana Kuceřová w tytułowej roli zawładnęła sceną – nie potrzebowała reflektorów, by zwrócić na siebie uwagę. Drobna i delikatna, wniosła ze sobą królewską charyzmę. Sprawnie operująca potężnym, jasnym, lecz nie przejaskrawionym sopranem zręcznie manipulowała dynamiką i natężeniem wibrata: energetycznego i soczystego. Dobrze zgrywał się jej głos z barwą towarzyszącego jej Piotra Buszewskiego w roli ukochanego Vandy, Slavoja. Jego tenor zwłaszcza w wysokich rejestrach huczał, wbijając w fotel swoją siłą. Realizatorzy polskiej premiery pominęli pewne fragmenty dzieła (szkoda, że zabrakło mazurka z trzeciego aktu). Akcja toczyła się jednak zgrabnie i potoczyście, a vide gdzieniegdzie nie pozostawiało słuchaczy nieświadomymi burzy uczuć targających bohaterami.

Dla Karoliny Sofulak, która Vandę wyreżyserowała, w centrum opery jest muzyka. To ona niesie emocje i prawdę zamiarów, choć słowa mogą twierdzić inaczej. Jej Vanda, postawiona przed nieuniknionym: objęciem tronu, stara się zmienić zastany, narzucony porządek. Opera w interpretacji Sofulak wyeksponowała temat demokracji i wolności wyboru, biorąc na warsztat dramat jednostki – z koncentracją na uczuciach, a nie szukaniu drugiego dna przez reżyserskie eksperymenty (warto jednak wspomnieć minimalistyczną scenografię, do której włączono orkiestrę, co dało ciekawy, dość eklektyczny obraz).

Utwór Dvořáka, mimo entuzjastycznego przyjęcia w czasach kompozytora, nie zdołał utrzymać swojej pozycji. Między przesycającymi operę recytatywami brakuje fragmentów, które mogłyby stać się oczywistymi hitami i zająć miejsce obok rozbijającej bank Měsíčku na nebi hlubokém (choć w pierwszym akcie Vanda ma kilka rokujących numerów). Jednak niekwestionowany talent melodyczny Dvořáka i tematyka utworu z powodzeniem mogą jeszcze pomoc dziełu znaleźć stałe miejsce w repertuarach teatrów operowych.

Maryla Zając

Organizatorzy:

Wpisz szukaną frazę: