fbpx
Muzykę Monteverdiego uwielbiam za jej elegancję i jednoczesną zaczepność. Pozornie jednorodna, żongluje zaskakującymi drobiazgami, a dworski blichtr jest w niej namiętny i chłodny zarazem. W reżyserii Magdy Szpecht Il ballo delle Ingrate barokowego mistrza łączyło konteksty, zamazywało mury i łagodziło uprzedzenia. Oczywiste było poddawane w wątpliwość, jednostkowe stawało się uniwersalnym, kobiece – męskim.

Napisany z okazji wesela syna księcia Mantui utwór, przez wprowadzenie do akcji fragmentów tanecznych zachęcał gości do współtworzenia przedstawianej historii, a nie tylko jej wysłuchania. Moralitet o pannach obojętnych na gorące uczucia zalotników przy pobieżnym oglądzie może dziś budzić kontrowersje, jednak Szpecht reżyserskimi smaczkami poszturchiwała dosłowną warstwę libretta, wydobywając uniwersalność uczuć, zamiast uwypuklania dysonansu płci. Odniesienia w reżyserii do sztuk wizualnych zgrabnie zespoliły sceniczne obrazy z przestrzenią MOCAK-u. Jako miłośniczka gry światłem z przyjemnością patrzyłam na odbijające się na pustych ścianach cienie, mieszające się ze sobą wyraziste barwy świateł reflektorów i igrające z nimi niczym kosmiczne pnącza neonowe, ledowe sznury.

Szpecht pozbawiła postaci mitologiczne przypisywanych im z natury cechom. Zręcznie wyszła poza schemat i oczywistość. Smaczny był dobór wykonawców: przydzielenie mężczyźnie roli Wenus, oddanie partii Amora kobiecie. Vincenzo Capezzuto (Wenus) ze swoim oryginalnym, jaskrawym głosem i sprężystym wibratem współgrał brzmieniowo z miękkim i nienachalnym sopranem Jolanty Kowalskiej-Pawlikowskiej (Amor), który dopełniał okrągły bas Jerzego Butryna (Pluton). Taneczne intermezza, intymny lament i dynamiczne recytatywy wieńczył urzekający finałowy kwartet Niewdzięcznych – brzmiący i alikwotowy, nieziemski w swojej głębi.

Nie tylko reżyseria była pomostem między przeszłym a współczesnym. Teoniki Rożynek, wyróżniająca się kompozytorka młodego pokolenia, domknęła dzieło Monteverdiego muzyką opartą na elementach barokowego utworu. Wybierając z Baletu Pań Niewdzięcznych pojedyncze mikrokomórki bawiła się ich układem, zanurzała je w obfitej elektronice nasyconej zapętlonym brzmieniem smyczków. Echa Monteverdiego z różną intensywnością pobrzmiewały w nowoczesności. Dokomponowana muzyka była bardziej medytacyjna niż narracyjna, a w połączeniu z teatrem przedmiotu Szpecht pozwalała myślom swobodnie płynąć, odbijać się od noisowych tarć i falować poza rzeczywistością niczym animowana przez wykonawców folia.

Zawsze cieszy mnie, gdy reżyserzy skoncentrowani wokół teatru biorą na warsztat operę. Nie chodzi nawet o błyskotliwe, niesztampowe pomysły, które wnoszą – choć takie są bezsprzecznie cenne. Oprócz tego ich udział ma ogromny atut społeczny i popularyzatorski: znani z teatrów artyści przyciągają swoich zaufanych odbiorców, budując pomost między względnie powszechnym teatrem a wciąż budzącą dystans operą.

Maryla Zajac

 

Organizatorzy:

Wpisz szukaną frazę: